„Myślałam, że będę miała mały biznes, zarobię sobie na waciki, a za większe wydatki będzie odpowiadał mój przyszły mąż” — przyznaje Anna Maria Olbrycht. Dzisiaj mówi wprost: chce być kobietą, która samodzielnie odnosi sukcesy. A robi to znakomicie. Pracuje jako modelka i twórczyni internetowa, rozwija markę lodów Cool Bear Ice Cream, a ostatnio widniała na billboardach kampanii Apart w całej Warszawie. Za jej niezależnością stoi dziewiętnaście lat pracy, ale też doświadczenia, których nie widać na Instagramie. W rozmowie z Paulą Jarosz dla MIUMAG opowiada o ambicjach, początkach w modelingu i odejściu z przemocowego związku. Oraz o tym, dlaczego nie zamierza przepraszać za to, że chce od życia więcej.

 

Paula Jarosz, redaktor naczelna MIUMAG: Widzimy efekty sesji, ale rzadko znamy historię, która za nimi stoi. Z jakimi największymi trudnościami mierzyłaś się jako modelka?

Anna Maria Olbrycht: W moim przypadku dużą trudnością był wzrost. Byłam jedną z niższych modelek i jako nastolatka miałam z tego powodu sporo kompleksów. Bardzo wcześnie musiałam nauczyć się odporności na krytykę — nie tylko dotyczącą wzrostu, ale też wyglądu, wymiarów, tego, czy pasuję do oczekiwań klienta.

Na początku wszystko brałam do siebie. Nie potrafiłam spojrzeć na odmowę i pomyśleć: „Po prostu szukają kogoś innego”. Zamiast tego zastanawiałam się, czy coś jest ze mną nie tak. Bardzo się z tym biłam. Na szczęście dosyć szybko zaczęłam rozumieć, że ta ocena nie dotyczy mnie jako osoby, tylko konkretnego zapotrzebowania.

Trudne były też ciągłe zmiany. Przyjeżdżałam na kontrakt, poznawałam ludzi, zaprzyjaźniałam się z nimi, a po miesiącu musiałam zostawić wszystko, co zdążyłam zbudować, i lecieć dalej. Albo wracałam na dwa tygodnie do domu, przyzwyczajałam się i znów wyjeżdżałam. To wymagało ciągłego dostosowywania się.

 

Czy podczas zagranicznych kontraktów znalazłaś się kiedyś w sytuacji, w której realnie obawiałaś się o swoje bezpieczeństwo?

Tak. Nie w takim sensie, że bałam się porwania, ale w sytuacjach z fotografami, które miały seksualny podtekst. Czułam, że mnie podrywają albo kierują rozmowę czy sesję w stronę, która budziła mój niepokój.

Nie wiem, czy nazwałabym to molestowaniem. Wtedy tłumaczyłam sobie, że przecież finalnie nic złego się nie wydarzyło. Ale zdarzało się, że podczas sesji czy testów fotograf naciskał: „To może zdejmij stanik”, „Rozbierz się”. Czułam, że jest w tym jakaś dziwna energia.

Kiedy jesteś młodą dziewczyną i zależy ci na pracy, nie zawsze wiesz, jak zareagować. Ja nie wiedziałam, co jest w porządku, a co nie. Czy w ogóle mogę się odezwać? Zwłaszcza kiedy miałam przed sobą fotografa, który robił okładki największych magazynów albo ważne kampanie. Pozwalałam wtedy na więcej, bo bałam się, że jeśli mnie nie polubi, nie będę miała pracy. Szczególnie dużo takich sytuacji pamiętam z Mediolanu, kiedy byłam nastolatką.

Myślę, że po MeToo sporo się zmieniło. Dziewczyny są bardziej świadome i mniej boją się mówić o takich rzeczach. Ja wtedy nie wiedziałam, na co mogę się nie zgodzić i jak to powiedzieć.

 

Jaka była najtrudniejsza sytuacja, w której musiałaś poradzić sobie zupełnie sama, bez pomocy?

Ponad dziesięć lat temu mieszkałam w Los Angeles i byłam w związku z osobą, która stosowała wobec mnie przemoc psychiczną i fizyczną. Mieszkaliśmy razem, byłam bardzo uzależniona emocjonalnie od tego człowieka i manipulowana. W pewnym momencie musiałam po prostu uciec. Dosłownie. Tak, żeby nie wiedział, że odchodzę, i nie wiedział, gdzie mnie znaleźć.

Kiedy próbowałam się pakować, przyłapywał mnie i dochodziło do przemocy. Przygotowanie odejścia zajęło mi pół roku. Powoli wynosiłam rzeczy, przenosiłam je tak, żeby nie zauważył. Musiałam ukrywać swój plan. Byłam regularnie atakowana i — nie ma innego słowa — bita, kiedy coś mu się nie podobało.

W końcu powiedziałam, że muszę polecieć do Londynu na kontrakt. Wyleciałam z jedną walizką i już do niego nie wróciłam. Do samego Los Angeles później tak, ale ten związek zostawiłam za sobą. W ten sposób udało mi się uwolnić.

Dzisiaj patrzę na to trochę jak na historię z filmu. Z czasem odsuwasz te wspomnienia, trochę je wypierasz. Ale to naprawdę się wydarzyło. Musiałam uciec do innego kraju przed osobą, która mnie maltretowała.

A później słyszysz: „Sama sobie to robiłaś. Dlaczego z nim byłaś?”. Tylko że kiedy ktoś tobą manipuluje, mówi, że cię kocha, później cię bije, a potem znowu mówi, że kocha, bardzo trudno się w tym odnaleźć. Wierzysz w przeprosiny i w to, że przemoc już się nie powtórzy. A później dzieje się to kolejny raz.

W pewnym momencie jesteś tak wyczerpana psychicznie, że nie masz siły nic zrobić. Zostajesz przy tym, co znasz, bo nie wiesz, dokąd pójść ani co ze sobą zrobić. Odejście było dla mnie ogromną walką.

 

Odpowiedzialność często przerzuca się na kobietę: „Mogłaś odmówić”, „Mogłaś się sprzeciwić”, „Mogłaś odejść”. Jak patrzysz na te słowa z perspektywy własnego doświadczenia?

Zanim sama tego doświadczyłam, też zastanawiałam się, dlaczego kobiety zostają w związkach, w których są bite czy maltretowane psychicznie. Myślałam, że mam tak silny charakter, że gdyby ktoś raz podniósł na mnie rękę, odwróciłabym się na pięcie, wyszła i nigdy nie wróciła.

A kiedy znalazłam się w takiej sytuacji, okazało się, że to nie jest proste. Łatwo powiedzieć: „Po prostu odejdź”. Dużo trudniej to zrobić, kiedy z kimś mieszkasz i jesteś od niego uzależniona psychicznie. Ja do tego byłam w innym kraju.

Zastraszał mnie również jego ojciec. Przedstawiał mi to tak, że jeśli podejmę kroki prawne, mogę sama ponieść konsekwencje. Bałam się, że przez to nie dostanę w przyszłości zielonej karty. Nie wiedziałam jeszcze, czy będę chciała zostać w Stanach na stałe, ale nie chciałam zamykać sobie tej możliwości. Byłam imigrantką, próbowałam tam pracować i nie wiedziałam, na ile te groźby są prawdziwe. Choć to ja doświadczałam przemocy, wmówiono mi, że próba obrony może obrócić się przeciwko mnie.

Do tego osoba, z którą jesteś, płacze, przeprasza, obiecuje, że nigdy więcej tego nie zrobi. I jednocześnie mówi: „To ty mnie sprowokowałaś”. Zaczynasz się zastanawiać, czy może rzeczywiście robisz coś źle.

Ja w pewnym momencie też się broniłam, oddawałam. Ta relacja wywoływała we mnie reakcje, których wcześniej u siebie nie znałam. Miałam poczucie, że wydobywa ze mnie najciemniejsze części mnie samej. A mimo to trudno było odejść.

Nie od razu widzisz, co się dzieje. Wpadasz w taki psychiczny kołowrotek, że przestajesz ufać własnej ocenie. Zaczynasz obwiniać siebie, choć to nie twoja wina, że ktoś robi ci krzywdę.

 

A w życiu zawodowym? Jakie sytuacje były dla ciebie najtrudniejsze?

Zawsze bardzo obciążały mnie zmiany agencji. Moment, w którym musisz powiedzieć agentowi: „Coś nie działa, ta współpraca nie idzie tak, jak powinna”, i się pożegnać. Mam teraz firmę i myślę, że równie trudno byłoby mi kogoś zwolnić.

W drugą stronę też było nieprzyjemnie. Zdarzało się, że to agencja ze mnie rezygnowała. Dostawałam wiadomość: „Aniu, nie idzie nam najlepiej. Myślę, że nie ma sensu kontynuować współpracy, może inna agencja będzie dla ciebie lepsza”.

Nie porównuję tego z tym, o czym mówiłam wcześniej, ale zawodowo takie sytuacje bardzo mnie dotykały. I chyba zawsze będą dla mnie niewygodne.

 

Zaczęłaś pracować jako szesnastolatka. Pamiętasz swój pierwszy zagraniczny kontrakt?

Najpierw poleciałam na miesiąc do Mediolanu. To był jeszcze dosyć łatwy początek. W międzyczasie dostałam kontrakt w Japonii i pojechałam tam. Bardzo mi się spodobało. Wracałam przez kolejne lata, aż skończyłam dwadzieścia jeden lat. Wtedy podczas ostatniego pobytu usłyszałam, że jestem już za stara.

Miałam dwadzieścia jeden lat i musiałam mówić, że mam osiemnaście. To przecież absurdalne.

 

Tych wyjazdów było znacznie więcej. Gdzie jeszcze pracowałaś?

Byłam w Chinach i te kontrakty wspominam najgorzej. Pracowałam na podwójnych zmianach, tak zwanych double bookings. Czułam się jak na taśmie w fabryce. Byłam nastolatką, bardzo źle to znosiłam i dużo tam płakałam.

Za to wyjazdy po Europie wspominam dobrze. Mediolan, Londyn, Paryż, Barcelona, Lizbona. Pracowałam też w Turcji. Dzięki modelingowi zobaczyłam naprawdę dużo miejsc.

I to było świetne: jesteś młodą dziewczyną, możesz zamieszkać na miesiąc czy dwa w innym kraju, masz zorganizowany przelot, mieszkanie, jakieś kieszonkowe, a do tego szansę zarobić. Nie przyjeżdżasz tylko na chwilę, ale przez pewien czas rzeczywiście tam żyjesz. Jako nastolatka uwielbiałam tę część pracy.

 

Ale warunki na miejscu bywały specyficzne.

Oj tak. Mieszkania dla modelek często miały dwie sypialnie, a w nich poustawiane łóżka piętrowe. Gnieździłyśmy się wszystkie razem. Zdarzały się karaluchy, było brudno, brakowało przestrzeni. Trochę jak akademik, tylko smutniej.

Wyobraź sobie sześć dziewczyn i jedną łazienkę. Każda musi przygotować się na casting albo sesję, każda wraca o innej porze. Niektóre jeszcze imprezują. O spokojnym śnie trudno było mówić. Odpoczywałam dopiero po powrocie do domu.

Do tego dochodziły opłaty. Powiedzmy, że każda z nas płaciła osiemset euro miesięcznie, a w mieszkaniu było sześć dziewczyn. Według mnie wynajęcie całego lokalu było warte może tysiąc euro. Różnica była ogromna.

Kiedy zaczęłam zarabiać, sama wynajmowałam mieszkania przez Airbnb. Wychodziło pięćset czy sześćset euro drożej, ale miałam spokój, wygodę i własną przestrzeń. Lepiej się czułam, lepiej mi się pracowało, więcej zarabiałam. Dla mnie to się zwracało.

 

A jest jakaś historia z tamtych lat, której jeszcze nie opowiadałaś publicznie?

Ojej, muszę pomyśleć… Mało kto pamięta, że kiedy mieszkałam w Mediolanie, spotykałam się z Polakiem, który był modelem i promotorem imprez. Był cały wytatuowany, bardzo mi się to podobało. Byłam młoda, dużo wychodziłam i dobrze się bawiłam.

Spotykaliśmy się od kilku miesięcy, kiedy oboje dostaliśmy kampanię House’a. Mieliśmy wystąpić jako para, chociaż osoby, które nas wybrały, nie wiedziały, że naprawdę jesteśmy razem. Oczywiście pomyślałam: „Wow, przeznaczenie! To musi być miłość”.

Wtedy zrobiłam sobie dwa tatuaże. Jeden na stopie, związany z tym przeznaczeniem, a drugi pod biustem, na żebrach. Niedawno skończyłam je usuwać.

Z tym drugim wiąże się jeszcze jedna historia. Byłam przekonana, że nigdy niczego nie poprawię w swoim wyglądzie. Wybrałam takie miejsce, że wiedziałam, że gdybym kiedyś zdecydowała się na operację biustu, blizna przecięłaby tatuaż. No i kilka lat później właśnie to zrobiłam. Tatuaż nie wyglądał już dobrze, trudno było nawet odczytać napis.

Więc tak: zakochałam się, uznałam wspólną kampanię za przeznaczenie, zrobiłam dwa tatuaże, a po latach je usunęłam. Tę historię znają chyba tylko moi najbliżsi znajomi z tamtego czasu.

 

Która kampania była dla ciebie najważniejsza? Taka, którą uznałaś za przełomową?

Pierwszą naprawdę dużą kampanią był L’Oréal w Paryżu. Miałam dziewiętnaście lat, reklamowałam produkty do włosów. Pamiętam, że zmieniono mi wtedy fryzurę, a ja myślałam: „Wow, teraz moja kariera naprawdę ruszy”.

To były też największe pieniądze, jakie do tamtej pory miałam zarobić za jedno zlecenie. Na rozliczeniu widniało dwadzieścia, może nawet trzydzieści tysięcy euro. Nie pamiętam dokładnej kwoty, ale nigdy wcześniej nie widziałam takiej sumy przy swoim nazwisku. Myślałam, że odejmę prowizję agencji i reszta będzie moja. W głowie już wydawałam te pieniądze: „Ale jestem bogata! Co ja sobie kupię?”.

Tymczasem po odliczeniu prowizji, podatków, kosztów mieszkania, lotów i innych wydatków zostało mi około dwóch i pół tysiąca euro, o ile dobrze pamiętam. To było zupełnie inne rozliczenie, niż sobie wyobrażałam. Ale sama kampania była dla mnie ogromnym wydarzeniem.

Później, kiedy wyjechałam do Los Angeles, bardzo cieszyłam się ze współpracy z Forever 21. A ostatnio zrobiłam kampanię Apartu z diamentami, którą chyba uważam za największą w mojej karierze. To dla mnie takie podsumowanie dziewiętnastu lat pracy. Nie mówię „zwieńczenie”, bo mam nadzieję jeszcze trochę popracować!

 

Od początku traktowałaś modeling jak biznes czy dopiero z czasem uczyłaś się dbać o swoje stawki i interesy?

To moja praca, ale negocjacje są przede wszystkim zadaniem agencji i agentów, którzy mnie reprezentują. Do dzisiaj mam problem z wycenianiem siebie. Myślę, że wiele osób tak ma. Trudno powiedzieć, ile jest warta twoja praca, a później jeszcze upomnieć się o zapłatę. Mnie przynajmniej przychodzi to z trudem.

Na szczęście miałam agentów, którzy znali rynek i wiedzieli, jak negocjować. Dużo zależy od zlecenia. Jedna marka ma ogromny budżet i może zapłacić bardzo dużo. Inna ma mniejszy, ale z innych powodów warto z nią pracować. Nie ma jednej kwoty, która pasuje do każdej współpracy.

Od początku traktowałam modeling jako pracę na pełen etat. Bardziej zaskoczyły mnie social media — nie przypuszczałam, że też mogą stać się moim pełnoetatowym zajęciem.

Miałam jednak okres, kiedy zleceń było mniej i zastanawiałam się, co jeszcze mogłabym robić. Zajęłam się pośrednictwem w sprzedaży sztuki. Powiedzieć, że byłam art dealerką, to może za dużo, bo dopiero się uczyłam. Nie miałam wykształcenia związanego ze sztuką czy jej historią, ale bardzo interesowała mnie sztuka nowoczesna. Miałam też znajomości w Maddox Gallery i londyńskiej galerii The Unit.

Znałam osoby, które kolekcjonowały sztukę, więc zaczęłam łączyć ludzi szukających konkretnych prac z tymi, którzy chcieli je sprzedać. Ktoś szukał na przykład obrazu Picassa albo Pollocka. Gdybym znalazła pracę i doprowadziła do transakcji, otrzymałabym procent od sprzedaży. Zajmowałam się też pracami artystów reprezentowanych przez te galerie i kilka udało mi się sprzedać.

Problem polegał na tym, że czasami ktoś, kto zgłaszał się jako potencjalny kupujący, był bardziej zainteresowany randką niż sztuką. Widział we mnie przede wszystkim modelkę. To utrudniało pracę.

W międzyczasie byłam też współwłaścicielką marki bielizny.

 

Jakiej?

Love and Hate, polskiej marki. Myślałam, że zrobię polskie Victoria’s Secret, ale nie wyszło. Byłam przede wszystkim twarzą marki, zajmowałam się jej promocją.

A teraz mam mój biznes życia: lody. Nigdy nie pomyślałabym, że będę miała markę lodów! Ale możliwe, że właśnie to zrobi ze mnie milionerkę. Mam nadzieję. Byłoby fajnie, bo chciałabym jeszcze Ferrari. Nie narzekam, ale takie dodatkowe Ferrari ładnie by wyglądało w garażu (śmiech).

A poważnie: wierzę w Cool Bear Ice Cream. Uważam, że to bardzo fajny produkt, który ma szansę stać się bestsellerem nie tylko w Polsce, ale też na świecie.

Wracając do pytania: zakładałam, że modeling będzie moją pracą, ale nie wiedziałam, na jak długo. Na pewno nie przypuszczałam, że nadal będę to robić po trzydziestce. Nie miałam konkretnego planu na później, ale wierzyłam, że po drodze znajdę coś, czym będę chciała się zająć. I to przyszło samo. Są też social media. Nadal mogę wykorzystywać swoją kreatywność.

 

Co twoim zdaniem przeszkadza kobietom w osiąganiu sukcesu i niezależności, na którą ty możesz sobie pozwolić?

Myślę, że kobiety nadal bywają tłamszone przez mężczyzn. Widać to również w firmach, w korporacjach. Nie zawsze jesteśmy traktowane na równi, nasze kompetencje są umniejszane, ktoś patrzy na nas z góry.

Do tego dochodzi wiara w siebie. Mam poczucie, że wiele kobiet nadal nie wierzy, że może samodzielnie coś zrobić i zrobić to naprawdę dobrze. Jednocześnie mam wokół siebie dziewczyny, które są niesamowite: prowadzą firmy, mają energię, wierzą w siebie i biorą sprawy w swoje ręce.

Ale jeśli przez lata słyszysz, że to mężczyzna osiąga sukces, zarabia duże pieniądze, może zostać milionerem, to trudno pozbyć się tego schematu. Sama też go miałam. Nie widziałam takiej perspektywy, że mogę być milionerką. Że mogę odnieść duży sukces i sama zapewnić sobie wszystko, czego chcę.

Myślałam raczej: będę miała mały biznes, zarobię sobie „na waciki”, a za większe wydatki i utrzymanie rodziny będzie odpowiadał mój przyszły mąż. Moje pieniądze miały być takim kieszonkowym.

Myślę, że wiele kobiet nie dopuszcza do siebie myśli, że może zarabiać naprawdę dużo. Nie tylko dorabiać, ale samodzielnie osiągnąć ogromny sukces. Widzę jednak, że to się zmienia. Choćby kiedy patrzę na kobiety wyróżniane w zestawieniach „30 Under 30”. Coraz więcej mamy takich przykładów.

 

Ile razy słyszałaś, że to, gdzie jesteś, zawdzięczasz urodzie, a nie pracy? Wygląd jest częścią twojego zawodu, ale za kontraktami i wyjazdami stoi też wiele wyrzeczeń.

Bardzo często. Ludzie nie widzą, ile pracy musiałam włożyć w to, żeby być w tym miejscu. Nie obudziłam się wczoraj rano z wysokimi stawkami, propozycjami współprac i społecznością na Instagramie.

Za tym stoi dziewiętnaście lat pracy. Nie zaczynałam od świetnych zarobków, rozpoznawalności i dużych zasięgów. Wszystko budowałam przez lata, a wiele osób widzi tylko efekt.

Zdarza się też, że dziewczyny myślą: „Dzisiaj założę Instagram, jutro będę znana i zacznę zarabiać miliony”. Nie zdają sobie sprawy, ile to wymaga pracy. Dla mnie to pełnoetatowe zajęcie. Robię to od rana do nocy, a teraz dodatkowo rozwijam własną markę. To zajmuje znacznie więcej czasu niż praca od dziewiątej do siedemnastej.

 

A gdybyś miała coś powiedzieć osobom, które oceniają cię wyłącznie przez pryzmat wyglądu? Może właśnie przeczytają ten wywiad.

Zapraszam do spędzenia ze mną tygodnia.

 

Uważaj, może być dużo chętnych.

Ale co ja mogę powiedzieć? Nie lubię niczego udowadniać. Po prostu robię swoje. Na szczęście mam dosyć przychylną społeczność, więc takich komentarzy nie jest dużo. Nauczyłam się też nie brać ich tak do siebie.

Jeśli ktoś twierdzi, że wszystko osiągnęłam urodą, „dupą” albo że jakiś facet mi wszystko dał — okej, niech tak myśli. Ja rano patrzę w lustro i wiem, kim jestem. Wiem, że jestem dobrą, pracowitą osobą i że na to, co mam, pracowałam.

Czy ktoś mi po drodze pomógł? Oczywiście. Miałam wokół siebie dobrych ludzi. Przecież nie jesteś w stanie wszystkiego zrobić sama. W pewnym momencie potrzebujesz innych, żeby pójść dalej. Ja też nie osiągnęłabym wszystkiego w pojedynkę. Ale nie zamierzam walczyć z każdym, kto ma na mój temat własną teorię.

Oczywiście to boli, kiedy ktoś sprowadza twoją ciężką pracę do tego, że jesteś ładna i wszystko dostałaś. Kiedyś przeczytałam, że pochodzę z bogatej rodziny. A to zupełnie nieprawda. To, co mam, zarobiłam. Z najbliższej rodziny mam tylko mamę i to ja jej pomagam.

Nie mam takiego zabezpieczenia, że mogę zadzwonić do taty i powiedzieć: „Hej, przelejesz mi pięć tysięcy, bo potrzebuję?”. Muszę opierać się na tym, co sama wypracuję. Jestem sobie sterem i okrętem.

 

Na Instagramie poruszyłaś temat, który stał się też punktem wyjścia do naszej rozmowy: dlaczego kobieta wciąż musi tłumaczyć się z tego, że chce być bogata?

Bo bardzo mnie wkurza ten podwójny standard. Kiedy mężczyzna dobrze się ubiera, podróżuje i ma pieniądze, jest „super bossem”. Kiedy tak samo żyje kobieta, zaraz słyszy, że jest materialistką albo gold diggerką.

Kobieta nie powinna się wstydzić powiedzieć: „Lubię pieniądze. Chcę dobrze zarabiać. Chcę odnieść sukces”. Ani bać się, że ktoś ją za to oceni.

Ja chcę mieć fajny samochód i nie wstydzę się o tym mówić. Ale wystarczy, że powiem to głośno, a już ktoś może skomentować: „Materialistka. I pewnie jeszcze chciałaby, żeby facet jej go kupił”.

Chciałabym, żebyśmy mogły normalnie rozmawiać o pieniądzach i o tym, że chcemy mieć fajne rzeczy. Bez tłumaczenia się i bez robienia z nas przez to złych osób.

Zresztą pieniądze nie służą wyłącznie do tego, żeby się nimi chwalić. Pozwalają żyć, zadbać o zdrowie, pomóc komuś innemu. Dają możliwości w bardzo wielu dziedzinach.

 

Dzisiaj pokazujesz życie, o którym marzy wiele kobiet. Czujesz się szczęściarą?

Na pewno doceniam to, co mam. Tylko nie wiem, czy nazwałabym to szczęściem, czy raczej efektem tego, co wypracowałam. Nie dostałam tego wszystkiego przez szczęśliwy zbieg okoliczności. Za tym stoją lata ciężkiej pracy.

 

Ale trochę szczęścia też chyba potrzeba?

Nie wiem. Na pewno potrzeba dużo samozaparcia i wiary w siebie. Kiedy ktoś mówił mi „nie”, szłam do kolejnych drzwi, a jak trzeba było, pukałam przez okno. Myślę, że gdybym miała więcej szczęścia, może byłabym dzisiaj w innym miejscu.

 

Masz poczucie, że ludzie częściej interesują się tym, co posiadasz, niż tym, jak do tego doszłaś?

Nie zauważam tego. Chyba też nie pokazuję aż tylu rzeczy, które posiadam. Choćby samochody: to, że publikuję z jakimś zdjęcie czy film, nie oznacza, że jest mój. Często mam go wypożyczonego na jeden dzień albo na godzinę, żeby przygotować materiał i się przejechać.

Nie chodzę też obwieszona Birkinami. Jeśli pokazuję bardzo drogie rzeczy, często są wypożyczone na sesję. Mam wygodne życie i bardzo to doceniam, ale nie czuję, żeby mój profil skupiał się na tym, co mam.

Nie wiem też, na ile ludzie zastanawiają się nad tym, co stoi za zdjęciami na Instagramie. Może po prostu widzą fajną stylizację, miejsce czy samochód, zostawiają polubienie i idą dalej.

 

A czego jeszcze brakuje ci do pełnego poczucia sukcesu?

Pokazu Victoria’s Secret. I kilku milionów na koncie (śmiech).

Na pewno sukcesem byłaby dla mnie całkowita niezależność finansowa. Taka, która daje naprawdę dużą swobodę. Uważam, że stan konta też jest jedną z miar sukcesu.

A zawodowo od początku marzyłam o wyjściu w pokazie Victoria’s Secret. Nie wiem, czy to się jeszcze wydarzy. Może nigdy, a może jednak? To byłoby spełnienie marzenia, które towarzyszy mi od początku kariery.

 

Byłaś kiedyś na castingu?

Brałam udział w otwartym naborze. Pracowałam przy niewielkiej sesji katalogowej PINK w Miami.

Nie było wtedy jeszcze social mediów w takiej formie jak dzisiaj i nie zrobiłam z tego dużego tematu. Podeszłam do tego dosyć skromnie. Kto wie, może gdybym bardziej myślała o nagłośnieniu tego, potoczyłoby się to inaczej. Wiem, że dziewczyny z Polski tak robiły, dziś nawet są celebrytkami…

 

Miałaś sytuacje, które mogłaś wykorzystać medialnie, ale z tego zrezygnowałaś?

Tak – szczególnie kiedy byłam młodsza, było sporo takich okazji.

Pamiętam sytuację z festiwalu w Cannes. Mieszkaliśmy w jednym domu, w grupie byli modele, modelki i agentka. Jednej z dziewczyn, która nie była wtedy jeszcze tak znana, agentka zaproponowała, żeby po imprezie wyszła pod rękę z Leonardo DiCaprio.

W tym towarzystwie ludzie się znali, więc samo wspólne wyjście nie było niczym niezwykłym. Ja też bywałam z nim na kolacjach, imprezach czy u niego w domu. Kiedy mieszka się w Los Angeles i obraca w tym środowisku, takie spotkania się zdarzają.

Ta dziewczyna wyszła z nim z imprezy, z butelką szampana w ręku. Czekali paparazzi, zrobili zdjęcia. Z tego, co wtedy wiedziałam, było to ustalone. Pamiętam, że jej kariera bardzo szybko później nabrała tempa, została też aniołkiem Victoria’s Secret. Nie wiem, czy oni przez chwilę się spotykali, czy nie.

Ja również dostawałam propozycje, żeby się z kimś pokazać. Był nawet pomysł na kilka ustawionych randek z aktorem z „Gossip Girl”. Oczywiście powiedziałam: „Nigdy w życiu, to nie jestem ja”. A teraz trochę żałuję!

Z drugiej strony nie wiem, co by z tego wynikło. Może właśnie dzięki temu, że odmówiłam, dzisiaj nie czuję zażenowania, kiedy wracam do tamtych czasów. Nie mam historii, przez którą ludzie kojarzyliby mnie wyłącznie jako dziewczynę, która poszła na randkę z kimś znanym. Ale czasem myślę: czy to naprawdę byłoby takie złe?

 

Nie brakuje ci trochę tamtego życia? Ostatecznie wybrałaś Warszawę.

Czasami czuję sentyment. Miałam dwadzieścia kilka lat, to był szalony okres. Świetnie się bawiłam i miałam poczucie, że wszystko jest możliwe, wszystko jest na wyciągnięcie ręki.

Ale to też jest bańka. Przyjeżdżasz do Hollywood, trafiasz do towarzystwa, w którym obok siedzą Beyoncé, Rihanna czy Justin Bieber. Regularnie jesteś z nimi w jednym pokoju i zaczynasz myśleć, że właściwie już jesteś jedną z tych osób. A przecież samo bywanie w tym samym miejscu nie oznacza, że twoja kariera wygląda podobnie.

Jeśli później nie wychodzi, trudno się z tym pogodzić. Masz poczucie, że byłaś tak blisko. Widziałam tam ludzi, którzy bardzo źle znosili to rozczarowanie, mieli problemy z alkoholem czy narkotykami.

Ilu utalentowanych ludzi spotykałam choćby w Uberach! Trafiałam na kierowców, którzy byli aktorami, muzykami, reżyserami, a jeździli, żeby się utrzymać. Zdarzało się, że ktoś puszczał mi swoje utwory i myślałam: „Przecież to jest świetne, dla mnie poziom Ushera czy Drake’a”. A jednak ten człowiek nie mógł żyć ze swojej muzyki. Sam talent nie wystarczał.

Więc mam sentyment, ale nie powiedziałabym, że tęsknię. Mam też wrażenie, że Los Angeles, które znałam, już się skończyło. Dzisiaj bardziej kojarzę taki rodzaj życia z Nowym Jorkiem.

 

Planujesz zostać w Warszawie?

Myślę, że tak. Mam tu teraz firmę, pieska, chłopaka. I naprawdę bardzo dobrze mi się tu mieszka. Czuję się bezpiecznie, jest czysto, a do wielu miejsc w Europie można dolecieć w dwie czy trzy godziny.

Widzę też, jak rozwija się rynek współprac z markami. Coraz więcej się tutaj dzieje. Jeszcze trochę brakuje mi projektów z luksusowymi markami, ale widzę, że idziemy do przodu.

Mieszkałam w tylu miejscach, że trudno mi powiedzieć: „To już na zawsze”. Zazwyczaj tam, gdzie jestem w danym momencie, jest mi najlepiej. A jeśli poczuję, że potrzebuję zmiany, po prostu ją wprowadzę.

 

Aniu dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.