Logotyp serwisu miumag.eu

„Pracowałem od 8 rano do 3 nad ranem, siedem dni w tygodniu”. Simon Jablon o przywróceniu do życia dziedzictwa marki Linda Farrow

Redakcja | Utworzono: 2026-06-24
„Pracowałem od 8 rano do 3 nad ranem, siedem dni w tygodniu”. Simon Jablon o przywróceniu do życia dziedzictwa marki Linda Farrow

Linda Farrow zapisała się w historii mody jako jedna z pierwszych projektantek, które uczyniły okulary przeciwsłoneczne samodzielnym elementem luksusowej stylizacji. W latach 70. jej odważne projekty zmieniły sposób postrzegania okularów, a marka szybko zyskała status kultowej. Po zamknięciu firmy pod koniec lat 80. wydawało się, że ten rozdział został definitywnie zakończony. Przełom nastąpił w 2003 roku, kiedy syn projektantki, Simon Jablon, odkrył dawno zapomniany rodzinny magazyn. Znajdowało się w nim archiwum pełne okularów jego matki, prototypów oraz oryginalnych projektów. To właśnie wtedy narodził się pomysł, by wskrzesić markę i ponownie wprowadzić ją do świata mody. Na zaproszenie domu handlowego Vitkac spotkaliśmy się z Simonem Jablonem, dyrektorem kreatywnym Linda Farrow, aby porozmawiać o niezwykłej historii odrodzenia marki, dziedzictwie pozostawionym przez jego matkę, współczesnym rynku luksusowych okularów oraz jego polskich korzeniach, które – jak sam przyznaje – wciąż stanowią ważną część jego tożsamości.

Partner kampanii – mobile article

 

LINDA FARROW

 

[Paula Jarosz, Redaktor Naczelna MIUMAG]: Jak to się stało, że to właśnie Pan został osobą, która przejęła, wskrzesiła i ponownie wprowadziła markę na rynek w 2003 roku?

 

[Simon Jablon, Dyrektor Kreatywny i CEO Linda Farrow]: Myślę, że tak naprawdę nie przejąłem marki — a może jednak… Wszystko wydarzyło się bardzo naturalnie. W tamtym czasie marka już nie istniała. Moja matka zamknęła firmę w połowie lat 80., a kiedy ponownie uruchomiłem działalność w 2003 roku, wszystko wyszło od naszej rodziny.

Mieliśmy ogromny magazyn w centrum Londynu, który przez lata pozostawał zamknięty, a ja musiałem się nim zająć. Gdy zacząłem przeglądać jego zawartość, odkryłem prawdziwy skarb vintage. Było to archiwum mojej matki — cały magazyn pełen niezwykłych projektów.

Ludzie często pytają mnie: „Czy wiedziałeś, że to tam jest?”. Tak, wiedziałem, ale nigdy wcześniej nie przyjrzałem się temu naprawdę. Kiedy to jest praca własnej matki, nie postrzega się jej w taki sposób. Wiesz, że jest projektantką, wiesz, że jest szanowana, ale jako dziecko nie myślisz o swojej mamie w kategoriach twórczych.

Wejście do tego magazynu, rozpakowywanie kolejnych pudeł i oglądanie oryginalnego archiwum było oszałamiające. Nagle zobaczyłem twórczość mojej matki z zupełnie innej perspektywy. Myślę też, że wiele osób dziś nie docenia, jak bardzo kreatywny stał się świat okularów. A powrót kreatywnego projektowania okularów do mody jest w dużej mierze związany z archiwum i dziedzictwem mojej matki — i, jeśli mogę sobie pozwolić na odrobinę samozadowolenia, również z moją pracą nad ponownym wprowadzeniem go do świata mody.

Pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku rynek okularów stał się bardzo zachowawczy. Dominowały wielkie grupy licencyjne, tanie produkty i czysto komercyjne podejście. Okulary nie były modne. Projektanci nie wykorzystywali ich na wybiegach, a wielu wręcz wstydziło się swoich licencji okularowych. My to zmieniliśmy.

Dzięki projektom mojej matki przywróciłem okulary do świata mody. Branża okularowa stała się nudna, a moda niemal całkowicie ją ignorowała.

 

Zmieniłeś sposób postrzegania okularów.

 

Tak, choć najpierw zrobiła to moja matka. Jej projekty zmieniły rynek, a moja praca pozwoliła dokonać tego po raz kolejny. Przywróciliśmy okulary do centrum modowej uwagi. Współpracowaliśmy z projektantami, tworzyliśmy kolekcje z wyjątkowymi nazwiskami, wprowadziliśmy okulary przeciwsłoneczne z powrotem na wybiegi, a najlepsze sklepy modowe na świecie zaczęły kupować nasze kolekcje.

Ponownie otworzyliśmy dla okularów ten segment rynku. Naprawdę zmieniliśmy krajobraz branży w takiej formie, w jakiej znamy go dziś, i jestem z tego bardzo dumny. Moja matka zrobiła to w latach 70., a my powtórzyliśmy ten sukces na początku XXI wieku.

 

Kiedy już otworzyłeś ten, jak go nazywasz, „skarbiec” czy był jakiś konkretny projekt z archiwum matki, który od razu stał się Twoim ulubionym?

 

Było ich kilka. Jak wspomniałem, świat okularów był wtedy dość monotonny, a ja nagle otwierałem kolejne pudełka i znajdowałem prawdziwe perełki. To wszystko było przytłaczające.

Trudno wybrać tylko jeden model, ale jest para okularów, która szczególnie zapadła mi w pamięć — te, które Al Pacino nosił w filmie Scarface. Kiedy zobaczyłem je po raz pierwszy, pomyślałem: „Wow, to jest to. To przecież okulary z kina”. To było niesamowite.

Były takie ikoniczne projekty, ale było też mnóstwo innych znakomitych modeli. To nie wydarzyło się jednego dnia, choć wszystko zaczęło się od jednego pudełka. To pierwsze pudełko zmieniło całe moje życie.

Od tamtej pory codziennie jeździłem do magazynu. Przeglądałem każde pudełko. Stałem się wręcz obsesyjny. Czułem, że to niezwykle wyjątkowa twórczość i wiedziałem, że muszę coś z nią zrobić. Nie wiedziałem jeszcze dokładnie co, ale wiedziałem, że musi ponownie ujrzeć światło dzienne.

 

 

Ale zdradź mi – jak właściwie udało Ci się to zrobić? Budowanie odnoszącej sukcesy marki zwykle oznacza zatrudnianie ludzi, ekspertów i tworzenie całej struktury zarządzania. Jak wyglądało to w przypadku Lindy Farrow?

 

Nie zatrudniliśmy nikogo. Żadnych ekspertów.

 

Naprawdę?

 

Po prostu się nauczyłem. Nie było w tym nic poza ciężką pracą. Najpierw musiałem skatalogować całe archiwum, bo musiałem wiedzieć, co właściwie posiadamy. Nie można sprzedawać czegoś, jeśli nie wie się, czym się dysponuje.

Przez wiele miesięcy katalogowałem archiwum — od ósmej rano do trzeciej nad ranem, siedem dni w tygodniu. Trwało to sześć albo osiem miesięcy. Katalogowanie, porządkowanie, organizowanie wszystkiego.

 

Wow, widać, że masz do tego ogromną pasję.

 

Musiałem ją mieć. Ale bardzo szybko zaczęły dziać się dobre rzeczy. Zaprezentowałem kolekcję domowi handlowemu Harvey Nichols w Londynie i od razu ją kupili. Następnie poszedłem do Browns i tam sytuacja wyglądała dokładnie tak samo.

W bardzo krótkim czasie pojawiliśmy się w czterech lub pięciu butikach — i były to najlepsze butiki. Pokochali kolekcję, a sprzedaż była bardzo dobra. Następnie zgłosiliśmy się do udziału w London Fashion Week i zostaliśmy przyjęci. W tamtym czasie wydawało nam się to absolutnym szczytem marzeń.

Pracowałem dniami i nocami, organizując każdy szczegół. Kiedy w końcu pojawiliśmy się na London Fashion Week, było to wręcz niewiarygodne. Od chwili otwarcia ustawiała się kolejka.

Pamiętam spotkanie dla brytyjskich projektantów mody, podczas którego tłumaczono nam, że pojawią się kupcy, ale nie powinniśmy spodziewać się wielu zamówień. Mówiono, że chodzi głównie o poznawanie ludzi, budowanie relacji i wejście do branży. Tymczasem u nas ludzie ustawiali się w kolejce, żeby kupować.

To zabawne, bo wciąż się uczyłem. Znałem londyńską scenę modową i tamtejsze sklepy, ale międzynarodowych butików nie znałem tak dobrze. Potem przyszła kupczyni i złożyła fantastyczne zamówienie. Reprezentowała butik Maria Louisa w Paryżu, który dziś już nie istnieje, ale wówczas był jednym z najbardziej prestiżowych miejsc dla luksusowej mody.

Po złożeniu zamówienia powiedziała: „Możecie współpracować z kim chcecie, pod warunkiem że będzie to odpowiedni poziom, ale nie możecie współpracować z Colette”. Oba sklepy znajdowały się blisko siebie. Maria Louisa reprezentowało klasyczny luksus, podczas gdy Colette było bardziej konceptualne.

Tymczasem Sarah, kupczyni z Colette, również stała w kolejce. Czekała około godziny. Gdy podeszła, wybrałem dla niej kolekcję, a ona powiedziała: „Jestem z Colette”. Odpowiedziałem więc, że nie mogę jej nic sprzedać. Podejrzewam, że był to pierwszy raz w historii, gdy ktoś odmówił sprzedaży Colette. Później jednak zostaliśmy przyjaciółmi i wielokrotnie współpracowaliśmy.

To właśnie Fashion Week nadał wszystkiemu ogromny rozpęd. Było to fantastyczne doświadczenie, a wszystko osiągnęliśmy bez ekspertów. Napędzała nas wyłącznie pasja. Pracowałem dniami i nocami. Zaraz po London Fashion Week pojechałem na Paris Fashion Week, by spotykać się z klientami i przyjmować zamówienia. Ponieważ dysponowaliśmy archiwum vintage, nie musieliśmy jeszcze zajmować się produkcją.

 

fot. Paula Jarosz

 

Miałeś już produkt.

 

Dokładnie. Mieliśmy gotowy produkt, więc dosłownie mogłem spakować zamówienia i wysłać je następnego dnia. Wracałem z Paris Fashion Week i spędzałem całą noc w magazynie, pakując przesyłki. Klienci odbierali zamówienia i pytali: „Jak to? Przecież złożyliśmy zamówienie dopiero tydzień temu”. A ja odpowiadałem: „Tak”.

Myślę, że ta energia została ze mną do dziś. Podróżowałem więcej niż większość ludzi i zawsze ciężko pracowałem. Nigdy nie chodziło mi wyłącznie o sprzedaż. To była kwestia kreatywności, ale także ciągłego uczenia się.

Świat nieustannie się zmienia. Zmieniają się rynki, sytuacja geopolityczna, gospodarka, różnice kulturowe. Trzeba mieć szeroko otwarte oczy. Każdy kraj działa inaczej i trzeba to zrozumieć. Nie możesz narzucać ludziom własnego sposobu myślenia ani przekonań.

Możesz mieć swoją wizję, pomysły i wartości, ale musisz być obecny na rynku, spotykać ludzi, poznawać klientów i naprawdę rozumieć, co dzieje się wokół ciebie.

 

Brzmi jak strategia idealna. Ale jestem ciekawa — czy moda i design zawsze były Ci bliskie?

 

Tak naprawdę nie. W pewnym sensie nawet się od tego odcinałem. Uwielbiałem branżę mody i miałem wielu przyjaciół pracujących w tym świecie, ale nigdy nie postrzegałem siebie jako projektanta mody.

 

Pytam o to, bo nie jest wcale takie oczywiste, że dziecko przejmuje rodzinny biznes.

 

Zawsze fascynowało mnie wzornictwo meblowe i projektowanie wnętrz. Właśnie w tym kierunku chciałem iść. To było moje marzenie.

Uważam się za osobę kreatywną, ale jednocześnie bardzo techniczną. Kocham inżynierię, konstrukcję i zrozumienie procesu powstawania pięknych produktów. Moda, przynajmniej w tradycyjnym rozumieniu, jest bardziej związana z estetyką i stylem. Oczywiście istnieje krawiectwo i rzemiosło, ale zawsze wyobrażałem sobie, że będę pracował raczej przy wnętrzach, produktach lifestyle’owych czy projektowaniu technicznym.

To, co mnie zaskoczyło, to fakt, że kiedy uruchomiłem markę, projektowanie okularów przyszło mi całkowicie naturalnie. To było dla mnie intuicyjne. Wszystko przychodziło z łatwością.

 

Masz to po prostu we krwi.

 

Chyba tak. Dorastanie w takim otoczeniu sprawiło, że stało się to dla mnie czymś naturalnym, nawet jeśli długo nie zdawałem sobie z tego sprawy. Gdy przyszedł moment projektowania, pomyślałem: dlaczego nie? Znałem materiały, znałem najlepszych producentów, rozumiałem soczewki, acetat, tytan i wiedziałem, jak prawidłowo tworzy się okulary.

Cała ta wiedza była przekazywana mi od dzieciństwa. Nagle mogłem wykorzystać własną kreatywność i połączyć ją z doświadczeniem, które chłonąłem przez lata, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Kiedy jesteś dzieckiem, rodzice uczą cię różnych rzeczy i często dopiero wiele lat później odkrywasz, jak wiele z tego zostało w tobie na zawsze.

 

Mam wrażenie, że dziś jesteś w zupełnie innym miejscu niż wtedy, gdy przejąłeś markę. Patrząc wstecz, z którego momentu w historii marki Linda Farrow jesteś najbardziej dumny?

 

Jestem jedną z tych trudnych do zadowolenia osób, bo zawsze patrzę do przodu. Ludzie często mówią, że nie potrafię celebrować sukcesów, ponieważ już myślę o kolejnym roku. Moja uwaga jest zawsze skierowana na to, co będzie dalej.

To nie znaczy, że nie zdarza mi się spojrzeć wstecz i pomyśleć: „To było niesamowite”. Takich momentów było wiele. Nie jestem perfekcjonistą, który nigdy nie jest szczęśliwy. Jestem szczęśliwy bardzo często, ale nigdy nie jestem całkowicie usatysfakcjonowany.

Nie poświęcam wiele czasu na gratulowanie sobie sukcesów. Wolę spojrzeć wstecz i zastanowić się, czego się nauczyłem. Uczyłem się zarówno na sukcesach, jak i na porażkach. Dlatego zawsze koncentruję się na kolejnym kroku.

 

Dobrze, ale gdybyś miał wskazać tylko jeden moment?

 

Gdybym kiedyś napisał autobiografię, znalazłoby się w niej kilka wyjątkowych rozdziałów. Jednym z nich był moment, kiedy Lady Gaga nosiła nasze okulary w teledyskach Jeremy’ego Scotta. To było ikoniczne. Później pojawił się A$AP Rocky.

 

Właśnie miałam o nim wspomnieć. Jak brzmiał ten wers? „I love your Linda Farrow”?

 

Tak, „Love your Linda Farrow”.

Usłyszeć coś takiego od artysty, który ma tak ogromny wpływ na kulturę, i stać się częścią popkulturowego dziedzictwa, to coś naprawdę wyjątkowego. Jednocześnie czasem myślę, że to nie było wyłącznie moje osiągnięcie — to była przede wszystkim zasługa tych artystów.

 

 

Nie, nie, nie. Muszę się z tobą nie zgodzić.

 

Może masz rację, może nie. Oczywiście to bardzo miłe. Zawsze jest w tym pewien element szczęścia. To oni wybrali te okulary. To oni zdecydowali się je nosić. Ale z drugiej strony trudno nazwać to wyłącznie szczęściem. Ktoś musiał je przecież zaprojektować, stworzyć i sprawić, żeby w ogóle istniały.

Najbardziej dumny jestem jednak z tego, że udało mi się zbudować markę, którą ludzie naprawdę lubią. Chętnie ją noszą. Doceniają to, co robimy. Jestem też dumny z zespołu, który stworzyłem w Londynie — ludzi pełnych pasji, zaangażowanych w to, co wspólnie budujemy. Udało mi się stworzyć środowisko, w którym ludzie autentycznie cieszą się z bycia częścią tej drogi.

Jeśli mogę tworzyć coś, co wnosi wartość do życia innych ludzi, to jestem szczęśliwy. Nigdy nie chciałem być osobą, która tylko bierze od życia. Wierzę, że każdy z nas może coś wnieść, coś oddać i wspólnie osiągać sukcesy.

 

Jakie to uczucie kontynuować dziedzictwo swojej mamy?

 

Postrzegam siebie jako opiekuna marki. To odpowiedzialność, ale nie ciężar. Moja mama pozostawiła po sobie dziedzictwo związane z radością, a to naprawdę piękna rzecz do odziedziczenia.

Pamiętam, kiedy zaprojektowałem swoją pierwszą kolekcję. Poprosiłem mamę, żeby przyszła i ją obejrzała. Kiedy skończyła, zapytałem: „Co o tym myślisz? Czy jest coś, co byś zmieniła?”

 

I co odpowiedziała?

 

Powiedziała: „Nie będę krytykować twojej pracy”.

Wyjaśniła mi, że zawsze znajdą się ludzie gotowi do wyrażania opinii i ocen, ale jeden artysta nie powinien oceniać drugiego artysty.

Powiedziała: „Rób to, co sam uważasz za świetne. Jeśli naprawdę to kochasz i w to wierzysz, ludzie odpowiedzą na tę pasję i kreatywność. Nie zmieniaj swojej twórczości pod wpływem cudzych komentarzy. Jeśli ktoś chce komentować, niech stworzy własną kolekcję”.

Odmówiła oceny, ponieważ chciała, żebym zaufał własnej intuicji. I myślę, że jest w tym dużo prawdy. Oczywiście czuję odpowiedzialność za ochronę wartości i dziedzictwa marki, ale jednocześnie nieustannie staram się popychać ją do przodu. Właśnie tym była Linda Farrow od samego początku — marką pionierską, kreatywną i wyprzedzającą swoje czasy. Jeśli chcemy pozostać wierni temu dziedzictwu, musimy wciąż szukać nowych rozwiązań i się rozwijać.

 

Opowiedz trochę o swoich polsko-rosyjskich korzeniach. Marka odniosła międzynarodowy sukces, ale jest też szczególnie lubiana przez Polki. Jak postrzegasz relację Linda Farrow z polskim rynkiem?

 

Moja mama jest Angielką. Mój ojciec urodził się w Gdańsku.

 

Byłeś tam kiedyś?

 

Jeszcze nie, ale planuję to nadrobić. Byłem już kilka razy w Warszawie, odwiedziłem także Katowice, Wrocław i Poznań, ale do Gdańska jeszcze nie dotarłem.

 

Musisz tam pojechać.

 

Wszyscy mi mówią, że to piękne miasto.

A odpowiadając na twoje pytanie — zdecydowanie dostrzegam swoją polską stronę w moim charakterze.

 

LINDA FARROW

 

Naprawdę? W jakich sytuacjach?

 

Polacy są bardzo emocjonalni. Nawet jeśli są bezpośredni i konkretni, to jednocześnie bardzo mocno przeżywają różne rzeczy. Potrafią być na szczycie i potrafią być na dnie. Wszystko odczuwają intensywnie. Ja mam dokładnie tak samo.

Z zewnątrz pewnie sprawiam wrażenie bardzo brytyjskiego — zarówno w sposobie mówienia, jak i zachowania. Ale wewnętrznie myślę, że jestem bardzo polski. Jestem emocjonalny, bezpośredni, pracowity i skuteczny. Lubię przechodzić do konkretów. Bez zbędnego owijania w bawełnę.

Myślę, że te wartości są we mnie głęboko zakorzenione i właśnie dlatego tak dobrze odnajduję się wśród Polaków. Niektórzy mówią, że Polacy bywają zbyt dosadni, a nawet nieuprzejmi. Ja akurat to lubię. Cenię bezpośredniość. Lubię ludzi, którzy mówią dokładnie to, co myślą. Ostatnio spędziłem sporo czasu w Meksyku. Ludzie są tam niezwykle serdeczni i życzliwi. Ale czasem mają problem z powiedzeniem „nie”. Prosisz ich o coś, a oni odpowiadają: „Tak, tak, jutro”, po czym nic się nie wydarza.

Ja zdecydowanie wolę usłyszeć: „Nie, nie mogę tego zrobić”. Wtedy przynajmniej wszystko jest jasne. To jest szczere. Ze szczerością potrafię sobie poradzić, nawet jeśli bywa brutalna. Wolę brutalną szczerość niż uprzejmą nieszczerość. Właśnie dlatego czuję więź z Polską. Moja polska strona jest ważną częścią tego, kim jestem. Jestem emocjonalny, bezpośredni i pracowity, i myślę, że te cechy pochodzą właśnie z tej części mojego dziedzictwa. Podobnie jest z polskimi klientami. Są pełni pasji. Czasem są zachwyceni, czasem sfrustrowani, ale są szczerzy.

 

Czyli dobrze ich rozumiesz?

 

Zdecydowanie. Nigdy nie obrażam się na ludzi za emocje.

 

Przynajmniej są szczere.

 

Dokładnie. Niezależnie od tego, czy są pozytywne, czy negatywne — są szczere.

 

Co obecnie inspiruje i fascynuje cię najbardziej? Myślisz, że wyjedziesz z Polski z jakąś konkretną inspiracją?

 

To świetne pytanie. Inspiracja jest wszędzie. Tylko w ciągu ostatnich dziesięciu czy jedenastu dni byłem w Mexico City, Londynie, Bukareszcie, Madrycie, Marbelli, potem znowu w Londynie, a teraz w Warszawie. Nieustannie spotykam nowych ludzi, poznaję różne kultury i nowe sposoby myślenia.

Myślę, że dziś trzeba bez przerwy się uczyć. Niezależnie od tego, czy rozmawiamy o sztucznej inteligencji — która jest obecnie tematem numer jeden — czy o inteligentnych okularach, technologiach ubieralnych i przyszłości naszej branży, zawsze dzieje się coś nowego. Inspiruje mnie również nasza własna droga. Wiem, dokąd chcę doprowadzić markę i jak chcę to osiągnąć. Problem polega na tym, że prowadząc firmę, nie jesteś wyłącznie artystą. Jest w tobie kreatywna część, która wymyśla pomysły, ale jest też część praktyczna.

To trochę jak z szefem kuchni. Nie odpowiada tylko za jedzenie. Musi stworzyć odpowiednią atmosferę, zapewnić wysoką jakość obsługi i dopilnować, żeby każdy element doświadczenia działał perfekcyjnie.Z marką jest dokładnie tak samo. Możesz stworzyć piękny produkt, ale wszystkie pozostałe aspekty działalności również muszą funkcjonować bez zarzutu.Właśnie dlatego tak dużo podróżuję. Cały czas się uczę. Widzisz coś w innym kraju i nagle rodzi się pomysł — może dotyczący designu, może komunikacji, a może sposobu sprzedaży produktu. Inspiracja może przyjść z miliona różnych miejsc.Podróże naprawdę otwierają oczy. Każdy kraj mierzy się z podobnymi wyzwaniami, ale robi to na swój sposób. Czasami widzisz jakieś rozwiązanie i myślisz: „To ciekawe. Mogę się z tego czegoś nauczyć”.

Dlatego dla mnie nauka jest wszystkim. Mów mniej, słuchaj więcej. W ten sposób można dowiedzieć się naprawdę dużo. Inspiruje mnie niemal wszystko. Czasem inspirują mnie dobre przykłady, a czasem te złe. Widzisz coś źle zrobionego i myślisz: „Dobrze, muszę dopilnować, żebyśmy nigdy nie popełnili takiego błędu”. Tak czy inaczej, człowiek uczy się cały czas.

 

LINDA FARROW

 

Jakie jest dziś największe wyzwanie dla marki? Jako dyrektor kreatywny, co uważasz za najtrudniejsze w obecnych realiach?

 

Największym wyzwaniem jest obecnie coś, na co nie mam żadnego wpływu — globalna niestabilność polityczna. Taka jest rzeczywistość. Ceny ropy, koszty transportu, cła, napięcia polityczne, wojny — wszystko to wpływa na biznes, ale są to rzeczy, których nie jestem w stanie kontrolować. Jeśli próbujesz umówić spotkanie z kimś na Bliskim Wschodzie w momencie, gdy nad głową latają rakiety, trudno mówić o standardowej rozmowie biznesowej.

Jesteśmy globalną marką i działamy na wielu rynkach. Przez ponad dwadzieścia lat, odkąd zajmuję się tym biznesem, nie było ani jednego momentu, w którym wszystkie rynki były jednocześnie spokojne i stabilne. Zawsze gdzieś pojawia się jakiś problem. Jeden rynek rośnie, inny przeżywa trudności.

Obecnie na świecie jest dużo niepewności i myślę, że szczególnie młodsi konsumenci mocno to odczuwają. Ludzie są trochę zaniepokojeni. Ale to nic złego. To po prostu oznacza, że musimy być jeszcze lepsi w tym, co robimy.

 

Bardzo podoba mi się taki sposób myślenia. Pojawia się problem, a twoją odpowiedzią jest: musimy być lepsi.

 

Nie można skupiać się na problemach, bo zawsze pojawi się kolejny. Nie wierzę w mentalność ofiary. Nie wierzę w wymówki. Nie mów mi, że jesteś zajęty — wszyscy są zajęci. Nie mów mi, że masz problem. Powiedz mi, jaki to problem, a potem powiedz, co zamierzasz z nim zrobić. Myślę, że bardzo ważne jest dostrzeganie szans. W każdym problemie kryje się jakaś możliwość, jeśli tylko jesteś gotowy jej poszukać.

Czasem martwi mnie to, że młodsze pokolenia zbyt mocno koncentrują się na przeszkodach. Każdy ma swoje wyzwania. Każdy mierzy się z czymś trudnym. Może rzeczywiście masz ADHD. Może rzeczywiście napotykasz pewne trudności. Dobrze. To jest twoja rzeczywistość. Teraz zastanów się, jak z nią pracować. Każdy dzień przynosi nowe wyzwania. Każdego dnia pojawia się nowa przeszkoda do pokonania. Tak wygląda życie.

Nieustannie znajdujemy się w sytuacjach, które możemy kontrolować lub które pozostają poza naszą kontrolą. Ale nawet jeśli nie jesteś w stanie zmienić samej sytuacji, zawsze możesz zdecydować, jak na nią zareagujesz. I to jest najważniejsze. Nie bądź ofiarą okoliczności. Zmierz się z rzeczywistością i idź dalej.

 

Gdzie widzisz markę za dziesięć lat? Czy są obszary rozwoju, które szczególnie cię dziś ekscytują?

 

Myślę, że jesteśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy być, ale nieustannie się rozwijamy.Kreatywność w modzie polega na ewolucji, a nie na osiągnięciu perfekcji. W projektowaniu produktów nie istnieje ostateczny punkt docelowy. Proces powinien pozostać zabawą, ciekawością i otwartością na zmiany. Moim zadaniem jest dostarczanie klientom radości. To jest cel. Radość, ale również edukacja.

Chcę, aby ludzie rozumieli, kim jesteśmy, jakie wartości reprezentujemy, jakich materiałów używamy i dlaczego nasze produkty różnią się od innych. Chcę, aby klienci wiedzieli, dlaczego jedna para okularów kosztuje więcej niż druga. To kwestia sposobu produkcji, użytych materiałów, miejsca wytwarzania, rzemiosła, detali i wiedzy stojącej za produktem. Współpracujemy z rzemieślnikami. Edukacja jest bardzo ważnym elementem naszej działalności.

Często porównuję branżę okularową do świata zegarków. W przypadku luksusowych zegarków ludzie rozumieją różnicę między wyspecjalizowaną szwajcarską manufakturą a zegarkiem sygnowanym marką modową. Rozumieją znaczenie rzemiosła, inżynierii i jakości wykonania. Jeśli jesteś prawdziwym kolekcjonerem zegarków, wybierasz specjalistów. Co ciekawe, branża okularowa przez wiele lat nie była postrzegana w ten sam sposób. Konsumenci przyzwyczaili się do masowo produkowanych modeli sygnowanych popularnymi markami, nie zawsze dostrzegając różnice w jakości. To właśnie chcę zmienić. Dlatego design jest ważny, ale edukacja jest równie ważna.

W ciągu najbliższych dziesięciu lat chciałbym zobaczyć branżę okularową bliższą temu, czym dziś jest świat luksusowych zegarków. Chcę, aby konsumenci rozumieli jakość. Chcę, aby mogli naprawdę doświadczyć produktu. Ludzie muszą dotknąć produktu, przymierzyć go, poznać i poczuć. Doświadczenie ma ogromne znaczenie. Im więcej osób doświadczy marki, tym więcej zyskamy ambasadorów. A ostatecznie jest to branża oparta na rekomendacjach. Nie chodzi o zalewanie magazynów modowych reklamami. Duże grupy dominują budżetami marketingowymi, ale sama reklama nie buduje prawdziwego uznania. Bez względu na liczbę reklam ludzie i tak wybiorą Patek Philippe, ponieważ rozumieją, co reprezentuje ta marka. Właśnie w takim miejscu chciałbym widzieć Linda Farrow.

Chcę, aby konsumenci rozumieli, że rzemiosło, doświadczenie i jakość mają większe znaczenie niż logo czy budżet marketingowy. Aby to osiągnąć, trzeba spotykać się z ludźmi. Trzeba ich edukować. Każdy detalista, z którym współpracujemy, powinien być zaangażowany i dobrze znać produkt. Każdy klient, który przekracza próg sklepu, powinien wyjść z niego bogatszy o nową wiedzę. Jeśli każdy sprzedawca każdego dnia edukuje dziesięć osób, te rozmowy zaczynają się mnożyć w ogromnym tempie. Właśnie tak buduje się marki.

Dla mnie przyszłość oznacza tworzenie lepszych narzędzi edukacyjnych, lepszego storytellingu, lepszych materiałów wideo, lepszych treści i nieustanne doskonalenie doświadczenia klienta. Ostatecznie chcę, żeby klienci odczuwali radość, kiedy noszą nasze produkty. Nie tylko dlatego, że okulary dobrze wyglądają, ale dlatego, że wszystko działa tak, jak powinno — wykonanie, dopasowanie, komfort, soczewki i jakość. Chcę, żeby rozumieli, dlaczego tak dobrze się w nich czują.

 

I to jest idealne zakończenie. Bardzo Ci dziękuję.

 

Dziękuję.

 

fot. Paula Jarosz

trend alert